ROZMOWA Z Thomasem Davisem, koszykarzem Kinga Szczecin.

Thomas rozgrywa właśnie swój drugi sezon w barwach Wilków Morskich, który jest dla niego jednym z najlepszych w dotychczasowej karierze. To jego piąty rok gry w Energa Basket Lidze. Thomas w szczerej rozmowie opowiedział nam między innymi o tym dlaczego był bliski zakończenia koszykarskiej kariery, o strachu przed operacją w Polsce, o tym dlaczego spędził pięć dni na podłodze hotelowego pokoju w Amsterdamie i wielu innych arcyciekawych tematach.

Przemysław Sierakowski: – Jak doszło do tego, że podpisałeś swój drugi kontrakt z Kingiem Szczecin?

Thomas Davis: – Na początku klub skontaktował się z moim agentem. Trener Łukasz Biela dał mu znać, że jest zainteresowany podpisaniem umowy ze mną. Wtedy byliśmy po wstępnej rozmowie. Ja chciałem zostać w formie. Szlifowałem ją grając w turniejach 3×3 z Mikem Hicksem. Czekałem, bo bardzo chciałem wrócić do Szczecina na kolejny sezon. Czuję się tu świetnie, kibice traktują mnie bardzo dobrze, miasto jest piękne, organizacja klubu jest doskonała, więc King Szczecin, to od początku był dla mnie numer jeden, jeśli chodzi o wybór klubu na ten sezonu.

- Miałeś oferty z innych polskich klubów po zakończeniu sezonu 2019/2020?

- Miałem kilka propozycji z innych zespołów. To prawda, ale tak, jak powiedziałem wcześniej. Szczecin, to był mój priorytet. Moje nastawienie było takie: jeśli dostanę ofertę od Kinga, to na pewno ją przyjmę.

- Kilka dni temu, w prywatnej rozmowie, powiedziałeś mi, że gdybyś mógł wybrać, to chciałbyś grać w Kingu Szczecin do końca swojej kariery. Możesz to wyjaśnić?

- Tak, to prawda. Podoba mi się to, jak jestem tutaj traktowany i jakie ten klub ma podejście do koszykarzy. Czuję, że pasuję do tego miejsca. Wyobrażam sobie to, że mogę grać dla Kinga Szczecin przez wiele najbliższych lat. Może nawet do momentu, w którym przejdę na emeryturę. To jest coś czego bym sobie życzył, ale musisz pamiętać, że koszykówka to przede wszystkim biznes. Wszyscy to rozumiemy.

- Czy myślisz, że te rzeczy, o których przed momentem wspominałeś sprawiają, że rozgrywasz właśnie najlepszy sezon w swojej koszykarskiej karierze?

- Na pewno. To bardzo pomaga. Masz duży komfort. Twoja głowa inaczej pracuje. My Amerykanie jesteśmy tutaj bez naszych rodzin. Jest nam trudno być tutaj samym. Jest o wiele łatwiej, kiedy możesz z uśmiechem przyjść na trening, a w szatni masz grupę gości, których uwielbiasz. W pokoju sztabu szkoleniowego są trenerzy, którzy cię szanują. Ponadto, Szczecin jest po prostu świetnym miastem. To według mnie jedno z najlepszych miejsc dla koszykówki w Polsce. Dlatego zgadzam się z tobą bez zastanowienia.

1

- W rozgrywkach 2020/2021 jesteś w doskonałej formie. To nie tylko wrażenie, ale potwierdzają to liczby.

- Wiem, że te rzeczy, które zazwyczaj robię nie są widoczne w statystykach pomeczowych. To charakteryzowało mnie przede wszystkich w minionych sezonach. Grałem w obronie, próbowałem presji na piłkę, zawsze chcę wytrącić ją rywalowi. Tych elementów nie znajdziesz w statystykach, ale w tym roku mam większą rolę. Wszystko dlatego, że „Kiko” wypadł z powodu kontuzji. W ataku jestem bardziej agresywny. Przede wszystkim nie myślę tak dużo na parkiecie. Czuję, że jak tylko rzucę do kosza, to piłka do niego wpadnie. Teraz kiedy mam taką mentalność, tylko niebo jest dla mnie limitem.

- Oglądasz powtórki naszych meczów?

- Tak.

- Zatem słyszałeś, że komentatorzy spotkań Kinga Szczecin są pozytywnie zaskoczeni twoją przemianą w świetnego strzelca (W momencie publikacji wywiadu Thomas rzuca za 3 ze skutecznością 48% – przyp. red). To twój piąty sezon w Polsce, a ty wciąż zaskakujesz ekspertów.

- Wydaje mi się, że zawsze byłem dobry strzelcem. Może brakowało mi pewności siebie, albo dobrego systemu trenera, który pozwalałby mi rzucać za trzy. W tym roku się to zmieniło. Przed sezonem rozmawiałem z trenerem Bielą. Powiedział mi, że mam rzucać. Teraz to jest już automat. Nie muszę myśleć nad tym czy rzucać, czy powinienem to robić, czy nie.

- I to tyle? To takie proste?

- (śmiech) Na to wychodzi. Wszystko jest w twojej głowie. W tym sezonie wiem, że jestem w stanie grać tak, jak potrzebuje tego zespół. Jeśli jestem potrzebny w obronie, to tam będę. Jeśli mam trafić rzuty, to to zrobię. Jeśli będzie mecz, w którym będę potrzebny wszędzie, to też zrobię co w mojej mocy, aby pomóc drużynie.

- Thomas Davis przed tym sezonem uchodził za zawodnika od „brudnej roboty”, zadaniowca. Jak się czujesz w tej nowej roli, w której widzi cię, w tym zespole, trener Łukasz Biela?

- To się nie zmieni. Ja zawsze będę zawodnikiem „drużynowym”. Jakąkolwiek rolę otrzymam od trenera, to zrobię wszystko, aby się z niej wywiązać. Dla mnie najważniejsze są zwycięstwa mojego zespołu. Teraz zdobywam trochę więcej punktów, mam do tego więcej okazji i z tego korzystam. Trzeba pamiętać, że w Kingu jest wielu zawodników, którzy potrafią zdobywać punkty.

- Pytam cię o to, bo widziałem wiele materiałów w prasie i mediach społecznościowych na temat twojej ewolucji w tym sezonie. Ile w tej przemianie jest pracy trenera Łukasza Bieli?

- To prawda, trener Biela ma swój duży udział w tym co się wydarzyło. Nie pamiętam, jaki to był mecz, ale chyba graliśmy z Astorią w Bydgoszczy. Miałem wolną pozycję, ale nie zdecydowałem się na rzut. Trener Biela zawołał mnie do siebie i powiedział: „Hej Thomas, jak masz taką pozycję, to się nie zastanawiaj. Bierz to i rzucaj!”. Chwilę po tych słowach trafiłem dwie trójki z rzędu i wygraliśmy cały mecz. Od tamtego momentu poczułem: „Okej, to jest to, czego oczekuje trener”.

2

- Czy to, co widzimy obecnie na parkietach Energa Basket Ligi w twoim wykonaniu jest już maksimum twojego potencjału?

- Zdecydowanie nie. Myślę, że jest jeszcze wiele rzeczy, które mogę robić lepiej. Jest jeszcze sporo aspektów koszykarskich, których nie pokazałem. Tak, jak powiedziałem wcześniej. Każdy zespół ma swój system, każdy trener ma inną filozofię. Teraz wykonuję to, czego oczekuje ode mnie trener Biela. Jeśli dojdziemy do punktu, w którym się to zmieni, to możecie się spodziewać, że znowu czymś zaskoczę. Bądźcie gotowi.

- Twoja zawodowa kariera koszykarska rozpoczęła się na Litwie. Jak oceniasz tamten okres?

- Dyrektor sportowy mojego uniwersytetu miał dobry kontakt z jednym z agentów na Litwie. Dużo rozmawiali, a mój dyrektor mocno mnie mu zachwalał i przekonywał, że dopiero co skończyłem grę na uniwersytecie, że jestem kimś kogo szukają do swojego zespołu. Ja nic wtedy o tym nie wiedziałem. W tamtym momencie, to była dla mnie niesamowita przygoda. Miałem okazję podróżować po świecie. Wcześniej nie wiedziałem nawet, gdzie znajduje się Litwa.

- Litewska ekstraklasa, to z pewnością jedna z najsilniejszych lig w Europie. Trafiłeś tam już w drugim roku po zakończeniu uczelni. Wydaje mi się, że nie było to cukierkowe zderzenie się z europejskim basketem.

- Jeśli mam być szczery, to muszę przyznać ci rację. Przede wszystkim nie wiedziałem, że ta liga jest taka silna. Dopiero skończyłem studia i zaczynałem swoją profesjonalną karierę. Mam jednak wielki szacunek do Litwinów. Naprawdę wiedzą, jak grać w koszykówkę. Mają silną ligę. Dla mnie przede wszystkim był to szok kulturowy, a nie koszykarski. Prosto z Teksasu trafiłem na Litwę.

- Co sprawiło ci najwięcej trudności na początku pobytu na Litwie?

- Oczywiście język. W tej części Europy nie ma zbyt wielu ludzi, o różnych kolorach skóry. Musiałem się mocno dopasować, ale myślę, że jestem jednym z tych gości, którzy potrafią się dostosować do każdej sytuacji. Pobyt na Litwie na pewno pomógł mi stać się lepszym zawodnikiem. Szczególnie w kwestii mentalnej.

3

- Mało kibiców o tym wie, ale byłeś bardzo blisko zakończenia swojej koszykarskiej kariery, zanim się jeszcze na dobre zaczęła. Po jednym z sezonów na Litwie wróciłeś do USA i zacząłeś pracę w restauracji, jako kelner.

- To prawda. W moim drugim sezonie na Litwie grałem w naprawdę złym zespole. Moje statystyki nie były wspaniałe. Nie miałem też wtedy agenta. Tak działa ten biznes. Nie ma zbyt wiele osób, które dadzą ci szansę, aby pokazać się po gorszym sezonie. Wróciłem do domu. Nie miałem pomysłu co robić, nie byłem pewien, czy jeszcze zagram w koszykówkę zawodowo. Dostałem pracę, jako kelner. Pracowałem tak ponad półtora roku. Pewnego dnia odezwał się telefon, a po drugiej stronie słuchawki usłyszałem trenera Mindaugasa Budzinauskasa. Powiedział mi wtedy, że ma dla mnie propozycję pracy. Oczywiście byłem zainteresowany. Nie zastanawiałem się nawet sekundy. Wskoczyłem do samolotu i po 18 miesiącach bez gry trafiłem do Polski, do Polpharmy Starogard.

- Przez półtora roku nie miałeś żadnego kontaktu z koszykówką?

- Nie grałem zbyt wiele. Za to sporo jadłem (śmiech). Nie będę kłamał, że trenowałem. Nabrałem sporo wagi. Myślę, że jak już wylądowałem w Starogardzie, to minęły trzy miesiące zanim mogłem powiedzieć, że znowu czuję się i wyglądam, jak profesjonalny koszykarz. Trener „Budzik” dał mi drugą szansę, pomógł wrócić do formy i będzie dla mnie z tego powodu zawsze bardzo ważny.

- Twoja przygoda z Polpharmą Starogard trwała trzy lata. To był twój pierwszy raz w Polsce, jak wspominasz tamten okres?

- Przede wszystkim nie wiedziałem kompletnie nic o tym kraju w tamtym momencie. Jeśli mam być szczerzy, to gdy patrzyłem na mapę, nie wiedziałem, gdzie szukać Polski albo Litwy. Jednak, jak tylko tutaj przyleciałem, to poczułem, że jest tu zupełnie inaczej, niż na Litwie. Może niektórzy myślą inaczej, ale kultura jest tu według mnie o wiele bardziej nowoczesna, niż na wschodzie Europy. Wydaje mi się, że Polacy lepiej rozumieją amerykańską kulturę. Więcej ludzi, o różnych kolorach skóry przylatuje tutaj, niż na Litwę. Czułem się tu bardzo dobrze od samego początku.

- Doszły mnie słuchy, że miałeś ogromny potencjał, aby zostać świetnym baseballistą.

- (śmiech) To prawda. Moja mama zachęcała mnie do tego, abym grał w koszykówkę i baseball. Jeśli mam być szczerzy, to byłem tak samo dobry w jednej i drugiej dyscyplinie sportu. Na moim drugim roku nauki w liceum mój trener koszykówki powiedział: „Thomas, jeśli chcesz być naprawdę dobry w kosza, to musisz wybrać jedno, albo drugie”. Wybór był oczywisty.

- Słyszałem już o jednym takim zawodniku, który z mniejszym lub większym skutkiem łączył koszykówkę z baseballem.

- (śmiech) Widzisz, w moim liceum nie pozwolili mi uprawiać dwóch dyscyplin. Musiałem wybrać.

4

- Wracając do Polpharmy. Twój trzeci sezon w tym klubie zapowiadał się doskonale. Zacząłeś rozgrywki 2018/2019 bardzo dobrze. Jednak po siedmiu meczach doznałeś fatalnej kontuzji.
­
- To była prawdopodobnie jedna z najgorszych kontuzji, jaką kiedykolwiek miałem. Musiałem, po raz pierwszy w życiu, poddać się operacji. To był straszny wypadek. Zebrałem piłkę, a jeden z moich drużynowych kolegów podszedł pod moją stopę. Stanąłem na niego i zerwałem więzadło skokowo-strzałkowe. To był dla mnie cios. Mentalny cios. Przed kontuzją miałem wszystko zaplanowane. Trenowałem, rozmawiałem z kolegami w szatni. Po operacji mogłem tylko spędzać czas w moim pokoju, nie mogłem chodzić. To było okropne. Ta sytuacja pokazała mi, że musimy czerpać z tego, że gramy profesjonalnie w koszykówkę jak najwięcej. W każdej chwili ta przygoda może się zakończyć. To, co przytrafiło mi się w życiu pokazuje, że nic nie jest nam dane raz na zawsze.

- Bardzo zastanawia mnie to, jak Amerykanin przeżywał swoją pierwszą operację w życiu, która na dodatek miała zostać przeprowadzona w Polsce. To musiał być dla ciebie prawdziwy szok.

- Oj tak. Ogromny. To była moja pierwsza operacja. Nie mogłem być w domu, otoczony opieką bliskich. Dostawałem ich wsparcie, ale odbywało się to tylko telefonicznie. To nie to samo. Miałem wsparcie kolegów z zespołu, ale na koniec dnia zostawałem z wszystkim sam. Masz rację, to na pewno był powód ogromnego stresu. Kiedy operacja się udała i wiedziałem, że wszystko poszło zgodnie z planem, wtedy się wyluzowałem po raz pierwszy od dłuższego czasu.

- Co możesz powiedzieć o tych trzech latach spędzonych w Polpharmie?

- To była świetna organizacja. Miałem możliwość gry w jednym z zespole z moim najlepszym przyjacielem. To dla mnie drugi dom. Byłem tam tak długo. Teraz spędzam tam nawet wakacje. Starogard zawsze będzie miał specjalne miejsce w moim sercu. Zawsze będę je pamiętał. Polpharma bardzo pomogła mi dostać się do Kinga Szczecin. Zawsze będę im wdzięczny. Gdyby nie ten klub, to nie byłbym w tym miejscu, w którym teraz jestem.

- Czym dla ciebie były przenosiny z Polpharmy Starogard do Kinga Szczecin?

- Wtedy myślałem sobie, że to już czas, aby zrobić coś nowego. Chciałem zrobić krok do przodu. Może to nie prawda, ale czułem, że zawsze będę mógł wrócić do Polpharmy. Stworzyła się między nami specjalna więź. Jednak to samo spotkało mnie w Kingu. Jeśli w przyszłości pojawiłby się scenariusz, w którym musiałbym wyjechać ze Szczecina, to będę miał to miejsce w sercu. Na koniec dnia musisz wykorzystać szansę, którą daje ci życie i czuję, że przenosiny z Polpharmy do Kinga były taką okazją. O Wilkach Morskich słyszałem same pozytywne opinie.

- To twój piąty rok w Polsce. Czy Thomas Davis chce spróbować jeszcze swoich sił w innym kraju?

- To dobre pytanie. Sam tego nie wiem, nie myślałem o tym. Jestem tutaj już pięć lat. Uwielbiam ten kraj. Czuję się komfortowo. Uczę się języka, lubię tutejsze jedzenie. Wiesz, jestem zawodowym koszykarzem. Mało ludzi ma taką okazję, aby grać w koszykówkę zawodowo. Nie wiem, co przyniesie życie, ale jestem pewien, że wykorzystam każdą okazję.

- Jesteś rodzinny?

- Zdecydowanie. Praktycznie każdego dnia rozmawiam z kimś z mojej rodziny. Mam cztery siostrzenice i jednego bratanka. Mam dwójkę braci i siostrę, mam po prostu wielką rodzinę. Zawsze staram się ich informować, co u mnie słychać. Tylko moja siostra mnie odwiedziła tutaj w Polsce, gdy jeszcze grałem w Polpharmie. Próbuję im tłumaczyć, jak to żyć w tym kraju.

- Zapytałem cię o to, bo musiało być ci niezwykle trudno tego lata, gdy nie wróciłeś do USA podczas przerwy wakacyjnej pomiędzy sezonami. Mija właściwie drugi rok, w którym nie widzisz swojej rodziny.

- Każdego roku radzę sobie z tym coraz lepiej. Przywykam do tego. To mój siódmy sezon w Europie. Wiem też, że nie będę mógł grać przez całe życie. Wykorzystuję swoją szansę. Latem staram się grać 3×3. Moja rodzina mnie wspiera i to rozumie.

- Pochodzisz z Lufkin. Małego miasteczka w Teksasie…

- … trochę mniejszego, niż Starogard. W Lufkin mieszkają 32 tysiące ludzi.

- Jakiej rzeczy z twojego rodzinnego miasta brakuje ci najbardziej?

- Rodziny i jedzenia (śmiech).

- Jedzenia? Macie jakieś specjalne, regionalne przysmaki?

- Oczywiście. Tutaj w Polsce odbywają się grille. Każdy je zna, ale uwierz mi, że w Lufkin grill smakuje zupełnie inaczej. Nic tego nie przebije. Uwierz, grill w Teksasie smakuje najlepiej. Różnica w smaku jest ogromna.

5

- Wróćmy na chwilę do tego sezonu. Mamy bilans 7 zwycięstw i 4 porażek. Wielu zarzuca nam to, że mamy bardzo dobry terminarz. Co możesz im odpowiedzieć?

- Przede wszystkim nie zgodzę się, że taki bilans zawdzięczamy tylko terminarzowi. Odnieśliśmy jakościowe zwycięstwa. Wygraliśmy z drużynami, których nie umieliśmy pokonać w poprzednim sezonie. Wielu zawodników zostało na kolejny rok i wynieśliśmy lekcję z tego, co działo się rok temu. Pamiętamy doskonale poprzedni sezon. Myślę, że teraz podchodzimy do każdego meczu bardziej skoncentrowani.

- Znasz nasz klub bardzo dobrze. Jesteś tu już drugi rok. Znasz bardzo dobrze swoich kolegów z szatni oraz sztab szkoleniowy. Co twoim zdaniem King Szczecin może osiągnąć w tym sezonie?

- Szczerze? Myślę, że możemy dokonać czegoś specjalnego w tym roku. Ta drużyna nigdy nie przebrnęła przez pierwszą rundę playoffs. Uważam, że mamy szansę to zrobić. Ten sezon to nie sprint, to maraton. Musimy rozłożyć siły, zająć dobre miejsce w fazie play-off i wtedy będziemy groźni dla każdego. Mamy praktycznie wszystkie elementy, aby dokonać czegoś fajnego w tym sezonie. Przytrafiły nam się porażki, w których nie graliśmy jak my. Jednak, gdy walczymy i jesteśmy zaangażowani na sto procent, to każdy zespół ma z nami problem. Tylko w taki sposób możemy wygrać każde spotkanie.

- Jak ty to robisz, że nieważne gdzie grasz, to zawsze zdobywasz sympatię kibiców? Dlaczego kibice zawsze kochają Thomasa Davisa?

- Myślę, że kibice lubią zawodników, którzy grają twardo i zostawiają swoje serce na parkiecie. To nie jest coś, co robię celowo. To wychodzi naturalnie. To element mojej gry. Myślę, że to główny powód.

- W naszej rozmowie często wspominasz o koszykówce 3×3. Gdy sezon Energa Basket Ligi się kończy, to zaczynasz rywalizację w tej dyscyplinie. Czym dla ciebie jest ten rodzaj koszykówki?

- Przede wszystkim uwielbiam rywalizację. Koszykówka 3×3 daje mi doskonałą okazję do rywalizacji, dzięki niej zarabiam dodatkowe pieniądze i pozostaje w formie. To są trzy główne rzeczy, które mnie przy tym trzymają. Ponadto zwiedzam różne kraje. Koszykówka 3×3 jest o wiele bardziej fizyczna. Jeśli daję radę grać na tym poziomie, to później gra 5×5 jest dla mnie łatwiejsza.

- Pytam cię o koszykówkę 3×3, bo słyszałem pewną bardzo zabawną historię związaną z twoją podróżą na jeden z turniejów w Europie.

- (śmiech) To prawda. Reprezentacja Polski w koszykówce 3×3 miała turniej w Amsterdamie. Bardzo chciałem pojechać i obejrzeć te mecze. Wiedziałem o tym, że hotel jest zagwarantowany tylko dla reprezentantów. Powiedziałem Mike’owi Hicksowi, że tak bardzo chcę obejrzeć te mecze i pojechać na to zgrupowanie, że chętnie będę spał na podłodze u niego w pokoju. Wszystkie pięć dni, które spędziliśmy w Amsterdamie spałem na podłodze w pokoju Mike’a Hicksa. Spanie to za dużo powiedziane, bo byłem tak podekscytowany, jakbym to ja sam grał w reprezentacji Polski. Trzymałem kciuki za chłopaków i mocno im kibicowałem. To było fantastyczne doświadczenie dla mnie.

- Czym jest dla ciebie relacja z Mikem Hicksem?

- Nasza relacja jest taka silna, bo zobaczyłem jakim typem człowieka jest Mike już pierwszego dnia, gdy przyleciałem do Polski. Na pierwszym treningu podszedł do mnie, nigdy wcześniej ze mną nie rozmawiał, i powiedział: „Nie martw się. Zaopiekuję się tobą. Wiem, że jesteś tu sam. Moja rodzina jest tu dla ciebie. Jeśli czegoś potrzebujesz, to po prostu pytaj”. Od tego dnia nasza przyjaźń staje się tylko mocniejsza. Teraz rozmawiamy ze sobą każdego dnia. Nie gramy razem, ale nic się nie zmieniło.

- Wydaje mi się, że jesteście swoimi totalnymi przeciwieństwami. Zgadza się?

- To prawda. Mike ma bardziej agresywną osobowość. To przejawia się nawet na parkiecie. Ja jestem bardziej spokojnym, wyluzowanym gościem. Mamy też dużo wspólnych cech. Darzę Mike’a wielkim szacunkiem. Sporo mi ułatwił. Był tu przede mną kilka dobrych lat wcześniej. Przybliżył mi kulturę Polaków. Zawsze będę mu za to wdzięczny. Mike zawsze traktował mnie jak brata. Przedstawił mnie swojej rodzinie. Wiele osób widzi go tylko na parkiecie i powie, że on jest złośliwy, ale to jeden z najmilszych gości.

- Spędzasz piąty sezon w Polsce. Czy myślisz nad staraniem się o przyznanie ci polskiego obywatelstwa?

- Potwierdzam, że mam to w planach. Chciałbym otrzymać polskie obywatelstwo. Wiem, że jest sporo wymagań, które trzeba spełnić (śmiech). To kolejny powód, dla którego chciałbym być w Polsce tak długo, jak to tylko możliwe. Jeśli nie wylatuję z Polski, to wzrasta moja szansa na walkę o obywatelstwo. To zdecydowanie coś, co sprawiłoby, że byłbym szczęśliwy.

- Na koniec chciałbym zapytać cię o rzecz, o której nie mówisz głośno. Niezbyt wiele osób kojarzy cię z taką inicjatywą, ale latem w przerwie między sezonami prowadzisz specjalne kampy dla młodzieży razem z Michaelem Ansleyem.

- To prawda. Pewnego dnia Mike zadzwonił do mnie i zapytał, czy nie pojawiłbym się na jednym z jego kampów. Twierdził, że dzieci byłyby wniebowzięte. Pojechałem tam kilka lat temu po raz pierwszy i zakochałem się. Dzieciaki są wspaniałe. Mike ma tam kilku naprawdę dobrych zawodników. Panuje tam fantastyczna atmosfera.

- Miałeś dużo śmiechu, gdy czytałeś komentarze, że wygrałeś Lotto Konkurs Wsadów w zeszłym sezonie tylko dlatego, że znasz Michaela Ansleya?

- (śmiech) Wydaje mi się, że Mike nie spisał się przy ocenie wielu wsadów. Nie tylko moich i Kuby Nizioła. To był konkurs wsadów, to tylko zabawa. Jeśli mam być szczery, to nie jestem pewien, czy Mike powinien być sędzią w takim konkursie. Wydaje mi się, że organizatorzy podeszli do niego tuż przed startem rywalizacji. Dla mnie to na pewno było zabawne, mniej dla Kuby Nizioła, ale to ja mam trofeum i to się liczy.

- Wielu kibiców zastanawia się pewnie, czy „wydrapałeś” jakąś specjalną nagrodę ze zdrapek, które ufundował sponsor konkursu wsadów.

- Wygrałem zdrapki o wartości 3000 złotych, a zwróciło się może z 1200 złotych. Jeśli ktoś się zastanawia, w co zainwestować pieniądze, to odradzam ten sposób. Kompletnie się to nie opłaca, zmarnowałem do tego masę czasu na zdrapywanie (śmiech).

Rozmawiał Przemysław Sierakowski

Komentarze

0