ROZMOWA Z PAWŁEM KIKOWSKIM koszykarzem Kinga Szczecin, który po czterech sezonach spędzonych w Wilkach Morskich podpisał kontrakt ważny do 2021 roku. Popularnego „Kiko” zapytaliśmy m.in: o chęć gry w reprezentacji, o jego podejście do zarzutów o brak ambicji, o plany na najbliższe trzy lata w Kingu Szczecin i wiele, wiele innych spraw. Takiego wywiadu z Pawłem Kikowskim jeszcze nie czytaliście. 

Przemysław Sierakowski: – Gotowy na trudne pytania?

Paweł Kikowski: – Nie (śmiech).

– Cały Kiko (śmiech).

– (śmiech).

– Jakie jest twoje pierwsze skojarzenie gdy słyszysz Paweł Kikowski i King Szczecin?

– Pierwsza myśl… (chwila zastanowienia) to „zgrana para”.

– Do Kinga Szczecin trafiłeś w 2014 roku prosto ze Śląska Wrocław. Byliśmy beniaminkiem. Co myślałeś, gdy podpisywałeś ten pierwszy kontrakt z Wilkami Morskimi?

– Tak naprawdę to we Wrocławiu nie było mi źle i myślałem nad tym, aby tam zostać. Wtedy zadzwonił do mnie Fliguś (Marcin Flieger – przyp. red) i strasznie mnie namawiał żebym przyszedł tutaj do Wilków. Mówił, że ten klub jest ambitny i wszystko jest jak należy. Zgodziłem się. Wydawało mi się, że to będzie taki projekt jak Stelmet Zielona Góra, że będzie to szło w tym samym kierunku – do mistrzostwa, lub pucharów. Na ten moment jeszcze nie udało się tego osiągnąć, ale wszystko jest jeszcze przed nami. Cieszyłem się wtedy, że będę częścią nowego projektu na koszykarskiej mapie i jak widać wciąż mi się to nie znudziło.

2014.10.12_wilki_45

– Przed tobą piąty sezon w barwach Kinga. Powoli gonisz Macieja Majcherka w tej klasyfikacji lat spędzonych w Szczecinie…

– …Majera to już raczej nie zdążę dogonić. Może jeszcze z Karolem Pytysiem mogę powalczyć, bo ma chwile, w których gra poza Szczecinem.

– Jak podchodzisz do tej sytuacji? Piąty rok w klubie ze Szczecina, z którego nie pochodzisz. To nie jest częsty obrazek w koszykówce.

– Podpisując kontrakt w Szczecinie nie spodziewałem się, że tak długo zagrzeję tutaj miejsce. Okazało się, że jest to stabilna firma. Pan Prezes Krzysztof Król bardzo sumiennie wypełnia swoje obowiązki względem zawodników. Z roku na rok robię progres. Moja rodzina się tutaj świetnie czuje, mamy liczną grupę znajomych. Co tu dużo mówić Szczecin stał się po prostu naszym domem, a jak chcemy odwiedzić rodzinne strony to Kołobrzeg też jest bardzo blisko. Oczywiście niektórzy powiedzą, że można szukać nowych wyzwań w nowych miejscach, ale tak, jak mówiłem w którymś z wywiadów – nie zdobyliśmy jeszcze medalu z Wilkami. Będę robił wszystko, aby w Szczecinie było podium. Myślę, że jeśli stworzymy zgrany kolektyw i kibice będą nam pomagać to będzie to możliwe już w nadchodzącym sezonie.

– Można powiedzieć, że przez te lata spędzone w Kingu jesteś świadkiem rozwoju i ewolucji tej organizacji. Rożnica pomiędzy Wilkami Morskimi z pierwszego sezonu w ekstraklasie, a tego minionego jest olbrzymia. Zgadzasz się?

– Zgadzam się. Można powiedzieć, że ten pierwszy sezon to były trochę „pierwsze śliwki robaczywki”. Było dużo takich małych niedociągnięć, które złożyły się na całość. Trochę się podśmiewano, że mieliśmy tutaj biuro turystyczne. Ta rotacja zawodników była za duża, ale to wszystko pokazywało jak Prezesowi bardzo zależało na tym, aby osiągnąć dobry wynik. Na trybunach w tamtym sezonie zasiadało około 3-4 tysięcy kibiców, a my nie odpłacaliśmy się grą i dobrymi wynikami. Często schodziliśmy z boiska, jako przegrani. Klub, jako cała organizacja musiał się nauczyć tego ekstraklasowego poziomu. W tym momencie w Kingu niczego nie brakuje, no może frekwencji takiej jak w pierwszym sezonie.

_MG_6495

– W swoim trzecim sezonie gry dla Wilków Morskich, gdy było już wiadomo, że nie zakwalifikujemy się do fazy play-off podjąłeś decyzję, aby wyjechać z Polski i spróbować swoich sił za granicą. Pokazałeś się ze świetnej strony. Jak z perspektywy czasu oceniasz swój wyjazd do Włoch?

– Cały sezon walczysz o to, aby wejść do play-off i to jest cel. Gdy na trzy kolejki przed końcem wiesz, że już nie ma na to szans, to schodzi z ciebie powietrze. W tamtym momencie dostałem telefon od agenta, że jest taka możliwość. Wszystko potoczyło się tak szybko, że właściwie w pół dnia okazało się, że nazajutrz lecę do Włoch walczyć o play-off. Dla mnie był to zastrzyk energii. Obudziły się we mnie pokłady dodatkowej siły. Dziękuję Prezesowi, który nie robił problemów i pozwolił na wyjazd praktycznie od razu. Dla mnie była to super sprawa i spełnienie marzenia. Sprawdziłem swoją grę we włoskiej ekstraklasie i okazało się, że nawet nieźle mi poszło. Wracając z Włoch miałem średnią w postaci 10 punktów i 50 % skuteczności z dystansu, ale najważniejsze było doświadczenie które zdobyłem i ludzie których poznałem. Nie będę wymieniał wszystkich, ale dla przykładu w pokoju na wyjazdach mieszkałem z Milenko Tepicem, byłym graczem Panathinaikosu i reprezentacji Serbii, z którym bardzo dużo rozmawialiśmy o koszykówce. Poza koszykówką bonusem była wspaniała sycylijska pogoda, mieszkanie z widokiem na morze oraz włoskie jedzenie które uwielbiam.

– Może z naszej perspektywy, mam na myśli klub i kibiców Kinga, to trochę głupie pytanie. Jak to się stało, że po tak dobrej grze we Włoszech, propozycjach z klubów zagranicznych i wielu ofertach z najsilniejszych klubów Energa Basket Ligi ostatecznie ponownie zagrałeś dla Wilków Morskich?

– Rynek zagraniczny jest często dość opóźniony. Mógłbym czekać na lepsze oferty spoza polskich klubów. Jednak w sytuacji, gdy moja żona była w zaawansowanej ciąży nie chciałem, tak długo zwlekać z podjęciem decyzji. Nie chciałem stresować rodziny i siebie. Prezes dał mi tę opcję w kontrakcie, że nadal miałem szansę na wyjazd za granicę. W Szczecinie miałem zabezpieczenie. Nie chciałem jechać z dopiero urodzonym dzieckiem w nieznane i nie było mowy o zostawieniu rodziny oraz wyjeździe w pojedynkę. Sportowo ciągle gdzieś wewnątrz mnie się tliło to, aby wyjechać i próbować wykorzystać szansę po dobrych meczach we Włoszech. Jednak Wilki Morskie dla mnie to ciągle jakieś wyzwania. Szczecin ma mnóstwo plusów, aby to właśnie tutaj podpisywać kontrakt. Inaczej nie zawarłbym z Kingiem umowy na kolejne trzy lata.

– Pochodzisz z Kołobrzegu. Przed tobą piąty rok życia w Szczecinie…

– Faktycznie, już cztery lata tutaj spędziłem. Powiem szczerze: kiedyś nie przepadałem za Szczecinem i się bardzo zdziwiłem, że mi się tak mocno spodobał, gdy już tu zamieszkałem…

– …Muszę zadać to pytanie: Kołobrzeg, czy Szczecin?

– (śmiech) to trudne pytanie. W moim sercu jest wystarczająco miejsca dla Szczecina i Kołobrzegu. Nie chciałbym wybierać, które miasto jest lepsze bo są zupełnie różne i kocham je oba.

– Zapytałem o to, bo za tobą cztery lata życia w Szczecinie. Siłą rzeczy zobowiązałeś się do spędzenia kolejnych trzech lat w tym mieście. Jak zadam Ci to powyższe pytanie w 2021 roku, to odpowiedź będzie taka sama jak teraz?

– Myślę że będzie podobna ponieważ Szczecin stał się moim domem, a w Kołobrzegu spędziłem dzieciństwo, dorastałem. Te dwa miasta już są wpisane w moje DNA.

_MG_0267

– W 2021 roku będziesz miał 35 lat. Masz z tyłu głowy myśli, które dotyczą tego, jakie decyzje wtedy podejmie Kiko?

– Szczerze, to nie. Mam nadzieję, że nie będę chciał lub musiał kończyć z graniem zawodowym. Na ten moment skupiam się tylko na tym co jest. Żona czasem suszy mi głowę, abym pomyślał nad tym, co będę robił po zakończeniu grania w kosza. Jednak teraz skupiam się w stu procentach na graniu w koszykówkę na najwyższym poziomie. Jestem jednym z czołowych zawodników w lidze. W tym momencie trudno jest mi się skoncentrować na czymś innym. Jeśli kiedyś nie będę miał aż tak ważnej roli w drużynie, to może wtedy będę mógł trochę skupić się na innych aktywnościach. Na pewno łatwiej by było zostać przy koszykówce, bo to prawie całe moje życie. W wielu miejscach już byłem, wiele rzeczy widziałem, u wielu trenerów grałem, więc doświadczenie mam. A pasja do tego sportu zapewne zostanie mi do końca życia.

– Zapytałem o twoją przyszłość po 2021 roku, bo w jednym z wywiadów powiedziałeś, że chętnie poszedłbyś w ślady swojego taty, który był marynarzem. Pamiętasz te historię?

– Tak pamiętam, że faktycznie coś takiego mówiłem. Teraz z perspektywy czasu tak sobie myślę, że trochę się już pojeździło i opuszczanie rodziny nie jest takie proste. Szczególnie teraz mocno to dostrzegam, gdy mam córkę. Jednak nie mówię nie.

– Kiko jest jak wino – im starszy, tym lepszy. Z roku na rok poprawiasz się w każdym elemencie gry w koszykówkę. Masz w ogóle jakiś limit? Często mówi się, że zawodnicy w twoim wieku już się nie rozwijają. Ty totalnie zaprzeczasz tej teorii. Aż strach pomyśleć, co pokażesz nam w kolejnym sezonie i potem dalej do tego 2021 roku.

– (śmiech) Może nie bójmy się tego! Byłoby super, gdybym cały czas szedł w górę. Myślę, że to wszystko o czym mówisz, to efekt ciężkiej pracy, którą wkładam w to żeby cały czas być lepszym. Czasem jest tak, że w wakacje zawodnicy leżą do góry brzuchem i nic nie robią. Ja mocno trenuję. Nawet teraz gdy podpisałem kontrakt na trzy lata i mógłbym sobie powiedzieć: „dobra nic nie muszę, co będzie, to będzie, mam zapewniony dobrobyt”. Dobrze wiesz, że wczoraj wieczorem wróciłem z treningów indywidualnych, więc nie mam zamiaru być tylko „odcinaczem kuponów”. Cały czas w sobie mam ten głód bycia coraz lepszym. Co roku chcę coś dokładać. Cóż, może jestem po prostu późnorozwojowcem, albo bardzo późnorozwojowcem (śmiech). Trochę zmieniłem styl gry i dzięki temu idę w górę.

– Myślę, że się ze mną zgodzisz, że były kiedyś takie stereotypy: Kiko nie broni, Kiko nie podaje, Kiko bazuje tylko na rzucie. Szczególnie w tym minionym sezonie pokazałeś, że to tylko jakieś takie ligowe „legendy miejskie”.

– Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że ludzie czasami mówią „Kiko nie broni” mimo, że nigdy nie grali przeciwko mnie. Może nie jestem najlepszym obrońcą ligi, ale nigdy nie odpuszczałem w tym elemencie. Na wcześniejszych etapach mojej kariery trenerzy wystawiali mnie do krycia najlepszych zawodników. Wiadomo, że jak się gra bardzo dużo minut, to trudno utrzymać intensywność i koncentrację. Czasem się popełnia błędy. Jak ktoś gra 10 minut, to na pewno ma mniejszą szansę na popełnianie błędów, niż ktoś, kto gra 35 minut. Z wieloma osobami już na ten temat rozmawiałem i gdy grasz więcej, niż 28 minut, to każda kolejna jest jak gwóźdź do trumny.

Szczególnie gdy masz jeszcze sporo zadań w ofensywie, a przeważnie zawodnicy, których pilnujesz to łowcy punktów. Nie ma czasu na brak koncentracji i odpoczynek. Dla mnie najważniejsze jest to, że trener Budzinauskas nie narzekał na moją obronę. W tym sezonie słyszałem od niego parę pochwał na ten temat. Kiedyś do mnie podszedł i powiedział: „Ja nie wiem Kiko, czemu wszyscy mówią, że ty nie bronisz”. Ludzie lubią szufladkować innych i doklejać im łatki a ja lubię się rozwijać i udowadniać, przede wszystkim sobie, że potrafię coś robić nawet jeśli inni we mnie nie wierzą.

_MG_0068-2

Twoja zmiana stylu gry na pewno działa korzystnie dla ciebie, ale też jest to mocno pozytywne dla zespołu. Każdy strzelec ma taki moment w sezonie, gdy rzuty przestają wpadać. Często sam powtarzasz, że się tym nie przejmujesz, bo wiesz, że za moment skuteczność wróci. Z tobą w tym minionym sezonie było też tak, że jak miałeś gorszy dzień rzutowo, to potrafiłeś zdobywać punkty i pomagać drużynie na mnóstwo innych sposobów.

– To prawda. Na pewno jestem dużo agresywniejszy na piłce i lepiej czytam ruchy obrony. Staram się dużo grać na kontakcie i nie boję się tego. To duża zasługa treningów z chłopakami z „Get Better”. Cały czas mnie do tego namawiali i dużo ćwiczyliśmy ten fragment gry. Bumperami mnie okładali i na początku piłka cały czas wylatywała na auty. Teraz już jest o wiele lepiej, a ja dzięki temu mogę wymuszać faule i stawać na linii rzutów wolnych gdzie rzadko się mylę.

– Camp „Get Better” to jest powód, dla którego Paweł Kikowski „is getting better” z sezonu na sezon?

– Na pewno tak. W tym, że staję się lepszy mają swój wielki wkład. Uwielbiam pracować z Arturem i Konradem między sezonami. Potrafią nakierować mnie na to, gdzie mógłbym się rozwinąć i pracujemy nad tym, aż zacznie mi to wychodzić. Mimo swojego dojrzałego wieku, jak na koszykarza pokazują mi, że mam rezerwy i pole do progresu. Dzięki temu ciągle wydaje mi się, że jestem jeszcze młody i obiecujący (śmiech). Nie narzekam na zdrowie. Wiadomo, że nie jest tak łatwo się regenerować, jak wtedy gdy miałem kilka lat mniej. Trzeba uważać, jak się trenuję. Dwa dni przed meczem, to już zawsze się mierzy ten swój poziom zmęczenia i gdzieś tam czasem trzeba odpuścić i nie przesadzić z dodatkowymi rzutami, bo może się to skończyć tym, że na meczu będzie się dętką.

– Byłeś zdziwiony, gdy pod koniec okresu przygotowawczego do sezonu 2017/2018 drużyna wybrała cię kapitanem Kinga Szczecin?

– Powiem szczerze: byłem bardzo zaskoczony, bo sam głosowałem na Majera, który robił zawsze świetną robotę w szatni. Drużyna wybrała mnie, a ja poczułem się bardzo doceniony.

– Miałeś z tyłu głowy taką myśl: „Boże, co teraz?”

– Trochę tak. W trakcie meczu lubiłem być taki trochę zamknięty w sobie. Lubiłem się mocno koncentrować. A tu nagle, jak jesteś kapitanem trzeba trochę pobudzić innych, coś przed meczem powiedzieć, pocieszyć, zmobilizować. Też na pewne rzeczy nie możesz sobie pozwolić. Na początku było mi trudno, bo miałem sporo myśli na ten temat, ale okazało się, że nie jest taka zła ta rola szczególnie, że mieliśmy super ekipę. Miałem też obok siebie Majera, który mi dużo pomagał. Mam nadzieję, że reszta chłopaków będzie mnie wspominać, jako dobrego kapitana. Trener Budzinauskas, który też wspomagał mnie w pierwszym kapitańskim sezonie, powiedział po jego zakończeniu, że był zadowolony z tego, jak rozwijałem się, jako kapitan. Cieszę się, że tego doświadczyłem. Dostając tę funkcję może nie poczułem się staro, ale wtedy zrozumiałem, że nie jestem jednak już taki młody, bo wybierają mnie na kapitana (śmiech).

– Bez znaczenia z kim bym nie rozmawiał po zakończeniu tego sezonu, to każdy z zawodników, trenerów i pracowników klubu mówił mi jedno: zespół, który mieliśmy to coś, co będę wspominać do końca życia. Ty też możesz tak stwierdzić?

– Tym bardziej cieszę się, że byłem kapitanem tej drużyny i wszyscy będą pamiętać ten sezon, jako fajny. Mieliśmy naprawdę super atmosferę, wszyscy mocno się polubiliśmy. Nie było jakiegoś sztucznego miziania się, specjalnego klepania po plecach i podlizywania. Byliśmy przyjaciółmi na parkiecie i poza nim. Czasem skakaliśmy sobie do gardeł, ale byliśmy rodziną. W rodzinie też się pojawiają takie momenty. Jak ktoś ma rodzeństwo, to wie o czym mówię. Na treningach nie braliśmy jeńców. Byliśmy ambitni. Czasem nerwy gdzieś puszczały. Najlepsze w tym wszystkim było to, że za 3 minuty się godziliśmy i gniew mijał. Nie było konfliktów, które się gdzieś kryły, jak był problem to szybko go sobie wyjaśnialiśmy.

IMGA5531

– Wspomniałeś o treningach. Często miałem przyjemność je obserwować i faktycznie na parkiecie iskrzyło od walki, zaangażowania i waszych ambicji. Chciałem zapytać cię o Martynasa Paliukenasa. Trenerzy Energa Basket Ligi zgodnie wybrali go najlepszym obrońcą rozgrywek. Trener Mindaugas Budzinauskas często zestawiał was przeciwko sobie. Dużo dała Wam ta rywalizacja?

– Gdy Martynas na tobie siada, to naprawdę robi się ciężko. Ja też mu nie odpuszczałem. To działało w dwie strony. Obydwaj stawaliśmy się lepsi. Trenerzy czasem mówili już nam, abyśmy się uspokoili. Ja miałem przed sobą jednego z najlepszych obrońców w lidze, a on miał przed sobą jednego z najlepszych strzelców rozgrywek. Każdy chciał utrzeć drugiemu nosa. Dobrze się uzupełnialiśmy i bardzo się cieszę, że będziemy grać kolejny sezon razem. Pojawi się kolejne pole do rozwoju.

– Nawiązując do rozwoju. Zawodnicy często nie lubią rozmawiać o współpracy z trenerami. Chciałem cię spytać o to, jak tobie pracuje się z trenerem Mindaugasem Budzinauskasem, bo zauważyłem taką jedną rzecz. Jeśli spojrzeć na zawodników, którzy grali w Szczecinie w minionym sezonie, to wielu z Was zrobiło postęp. Z Martynasa zdjęto już łatkę „tylko obrońcy”. Łukasz Diduszko też rozwinął skrzydła i nie jest już tylko „zadaniowcem”…

– …Z trenerem Budzinauskasem pracuje mi się bardzo dobrze. Mieliśmy fajny kontakt. Na początku się nie znaliśmy i musieliśmy się wybadać. Im dalej w las, tym lepiej ta współpraca wyglądała. Wiedzieliśmy, że możemy sobie powiedzieć wszystko i nikt na nikogo się nie obrazi. Dużo rozmawialiśmy, trener dawał mi wskazówki. To też miało znaczenie przy podpisywaniu kontraktu. Wiedziałem na co się piszę. Jak trener przedłużył swoją umowę po sezonie, to po paru dniach do mnie zadzwonił. Powiedział, że był zadowolony z tego, jak pracowałem i jak się zachowywałem i nie widzi drużyny beze mnie. To dla mnie bardzo ważne.

– Może robię błąd i na siłę szukam jakiegoś filozoficznego kontekstu w koszykówce, ale mam wrażenie, że w każdym sezonie mają miejsce takie wydarzenia, które trudno jednoznacznie określić. Jedni powiedzą, że to taki X-Factor. Inni, że efekt motyla. Chodzi mi o te wydarzenia, które mają wielki wpływ na przyszłość. Jesteś w koszykówce już wiele lat, więc najlepiej znasz odpowiedź na to pytanie. Czy faktycznie istnieją takie momenty – jeśli tak, to czy w minionym sezonie też taki był?

– (chwila namysłu) Na pewno istnieją takie momenty. Myślę, że my mieliśmy chyba dwa takie wydarzenia w tym sezonie, gdzie czuliśmy, że coś ważnego się wydarzyło. Pierwszym z nich moim zdaniem było zwycięstwo na wyjeździe w Lublinie z TBV Startem i później jechaliśmy do Ostrowa Wielkopolskiego i też wygraliśmy. To był zaczątek takiej mentalności, że Wilki Morskie mogą zbić każdego. W tym roku pokonaliśmy wszystkich w lidze z wyjątkiem Polskiego Cukru i Polpharmy. Drugim momentem był wyjazd na Litwę. Drużyna była tylko ze sobą, scaliła się i to było fajne. Sam turniej nie był jakimś sportowym wydarzeniem, ale sam fakt zgrupowania i rozegrania trzech meczów, z których każde było trochę inne mocno się nam przysłużył.

– Kiko masz 32 lata…

– Nie przypominaj mi! (Śmiech)

– Przepraszam. Co byś powiedział młodemu Pawłowi Kikowskiemu, który dopiero zaczyna wchodzić w świat poważnej koszykówki?

– Fajnie, gdyby młody Kiko wiedział, że linia za trzy punkty będzie przesunięta i trenerzy zmienią przez to taktykę i zagrywki. Na pewno powiedziałbym sobie, żebym więcej grał na piłce, a nie tylko polegał na rzucie za trzy. Tego trochę mi brakowało.

– Wiem, że wczoraj wracałeś z Campu i nie miałeś zbyt wiele wolnego czasu, ale może akurat śledziłeś wynik meczu Polska – Litwa w ramach el. MŚ?

– Oglądałem ten mecz w internecie będąc w pociągu, ale niestety PKP jeździ lasami i często zrywało mi połączenie. Z drugiej połowy obejrzałem łącznie z 4 minuty.

– Zacząłem wątek reprezentacji, bo jak cię znam, to wydaje mi się, że chciałbyś w niej zagrać. Co sobie myślisz oglądając mecze kadry narodowej?

– Wydaje mi się, że jakbym miał być powołany, to by się stało w okienku, w którym nie mógł grać Adam Waczyński. Gdybym pasował do koncepcji trenera, to pewnie by mnie powołał we wcześniejszych zgrupowaniach. Fajnie by było, gdybym został chociaż sprawdzony. Liczyłem, że dostanę szansę, że będę mógł porywalizować na zgrupowaniu i się sprawdzić. Tak się nie stało i w tym momencie zrozumiałem, że ciężko mi będzie zagrać w kadrze, jeśli nic się nie zmieni. Zresztą sam mi przypomniałeś, że mam już 32 lata, a w Polsce jest dużo młodych i fajnych chłopaków na mojej pozycji. Wydaje mi się, że w tym ostatnim meczu, gdy Waca nie miał dobrego dnia brakowało strzelca, nawet lekko szalonego który z ławki mógłby wejść dać impuls, może trochę odwrócić losy spotkania. I niekoniecznie mówię o sobie ale na przykład Michał Michalak, który potrafi wypracować sobie sam pozycje lub Kuba Garbacz, który może rzucić w twarz kilka trójek pod rząd – świetnie by się nadali.

Kiko Polska

– Coraz więcej osób uważa, że na arenie ogólnopolskiej jesteśmy mocno niedoceniani jako klub. Jakby się mocno nad tym zastanowić, to pojawia się taka tendencja. Nawet ten miniony sezon, to pokazał. Graliśmy dobrą koszykówkę, a tylko raz nasz mecz był transmitowany w telewizji. Też to odczuwasz?

– Faktycznie jesteśmy traktowani trochę jak peryferie koszykówki. Mimo, że jesteśmy w ekstraklasie cztery lata i są jakieś papiery weryfikacyjne do wypełnienia, to za każdym razem nic nie trzeba u nas uzupełniać. Wszystko jest rozliczone i moim zdaniem zasłużyliśmy już na jakiś szacunek w lidze. Wydaje mi się, że o takich ludzi jak pan Prezes Krzysztof Król trzeba dbać i szanować ich za to, co robią, że mają chęć budować taki zespół i kłaść swoje pieniądze na stół. Biliśmy się z najlepszymi. Nikogo się nie baliśmy. Prawie każdego Wilki dopadły. Tylko jedna transmisja przy tym, jak efektownie graliśmy to trochę mało. Mam nadzieję, że w nadchodzącym sezonie będzie dużo lepiej.

– Myślisz, że ten sezon, w którym byliśmy beniaminkiem ma wpływ na tę sytuację?

– Na pewno. Ale tamten nieudany sezon pokazał również, że ten klub wszedł do ligi nie po to by grać o ogony. Szczecin to jest fajne miejsce dla ligi, z bardzo dużym potencjałem. Jest tu fajna hala, a jak media ogólnopolskie będą przychylne, będzie się mówić i pokazywać mecze w telewizji to w Netto Arenie znów będzie 3-4 tysiące ludzi, a wtedy wygląda to rewelacyjnie. Teraz wydaje się, że jest pusto, a na meczu jest około półtora tysiąca kibiców. Czyli np. tyle samo, ile przychodzi na spotkania w Starogardzie lub Ostrowie.

– Wspomniałeś o kibicach. Śmieją się z nas w Polsce sympatycy innych drużyn, ze King gra w hangarze, że samoloty mogą lądować. Nie wiem, czy się ze mną zgodzisz, ale w tym minionym sezonie coś zaczęło się zmieniać. Coś zaczęło się spontanicznie rodzić w kwestii kibiców. Jak ty do tego podchodzisz?

– Część kibiców stwierdziła, że warto dać coś więcej z siebie. Myślę, że naszą grą w tym roku na pewno im pomogliśmy w podjęciu takiej decyzji. Mieliśmy drużynę z charakterem. Wcześniej prezentowaliśmy odmienne style. Widocznie ten styl, jakoś bardziej przypadł kibicom do gustu. Może też kibice mieli dość tego ciągłego gadania, że w Szczecinie ich nie ma. My na pewno dostawaliśmy mega energetycznego kopa i było nam bardzo miło, gdy zobaczyliśmy naszych kibiców na wyjeździe, którzy przekrzykiwali sympatyków gospodarzy. Super jeśli w przyszłym sezonie byłyby to regularne obrazki.

20180325_stal_08

– Dlaczego nie znajdziemy Pawła Kikowskiego w mediach społecznościowych?

– Twitter już mam, ale za dużo na nim się nie udzielam. Jestem bardziej obserwatorem. Wszyscy mi mówili, że to jest takie miejsce, gdzie wszystko szybko można wiedzieć. Faktycznie tak jest, bo zanim podpisałem kontrakt w Szczecinie, to dowiedziałem się, że już podpisałem w kilku innych miejscach. Co do reszty portali, to boję się tego, że za bardzo wsiąknę w to wszystko i nie będę miał czasu na trenowanie (śmiech). A tak serio, to poważnie się zastanawiam nad uaktywnieniem się w social mediach. Wiem, że istnieje mój fanpage na Facebooku założony przez znajomego, z którym współpracowałem jeszcze w Śląsku Wrocław. Być może to aktywuje, bo myślę, że to fajny ukłon w stronę kibiców. Tym bardziej, że teraz powstaje dużo campów. Myślę, że gdzieś w przyszłości też będę chciał coś takiego zorganizować może w Szczecinie, może w Kołobrzegu.

– Camp Pawła Kikowskiego, to brzmi dobrze…

– No właśnie. W Szczecinie jest jeszcze Majer, więc miałbym z kim to robić. Darrell Harris mieszka w Kołobrzegu, więc można zawsze połączyć siły i wykombinować coś ciekawego.

– Czytasz komentarze, artykuły i opinie na swój temat w internecie?

– Czasem coś mi wpadnie w oko, ale nie jestem wielkim fanem czytania komentarzy, bo nie do końca znam tych ludzi. Oni nie do końca znają mnie. Nie są w środku, nie znają kontekstu pewnych wydarzeń, więc często to jest po prostu snucie domysłów. Nie ma sensu się zamartwiać komentarzami. Jak byłem młodszy to może bardziej przejmowałem się tym, co mówią inni. Teraz robię po prostu swoje. Jak nawalę, to przeważnie wiem, że nawaliłem i wystarczy mi to, że nie mogę spać po nocy.

– Zapytałem cię o to, bo jak ogłosiliśmy informację z przedłużeniem twojego kontraktu o trzy lata w naszym klubie, to szczególnie na Twitterze zaczęło pojawiać się mnóstwo wpisów, które zarzucały ci brak ambicji. Były to głosy szczególnie tych ludzi, którzy kibicują klubom, którym odmawiałeś w ostatnich latach. Jak odniesiesz się do tej kwestii?

– Każdy może sobie mówić to, co myśli. Moim zdaniem to jest właśnie oznaka ambicji, gdy zostaje się w klubie, z którym chcesz zdobyć medal. Bo ja mam taki plan, żeby zrobić to z Kingiem Szczecin. Mógłbym sobie leżeć i odpoczywać, a mocno trenuję. Trudno jest mi się odnieść do tych komentarzy o braku ambicji. Nie znam tych osób i nie wiem, co one osiągnęły w życiu, jak one były ambitne i czy grały kiedykolwiek w koszykówkę. Ja poświęciłem się tej dyscyplinie zupełnie. Trudno znaleźć dużo lepsze miejsce w Polsce od Szczecina. Mam szansę grać w drużynie, która jest contenderem i nie boi się nikogo. Jeśli wszystkie elementy dobrze się poukładają, to mamy szansę na medal. Cały czas się tutaj rozwijam. W tym klubie jestem szanowany. Moja rodzina się tutaj świetnie czuje. Szczecin jest moim domem. Mam płacone na czas. Jesteśmy jedną z niewielu wysp pod tym względem w lidze. Za to wielki szacunek dla Prezesa. Niczego mi nie brakuje. Po co mam na siłę wymyślać, po co mam wyjeżdżać i na nowo szukać swojego miejsca?

Wychowałem się na meczach NBA, gdzie najlepsi nie robili na siłę super teamów, tylko jednostki ciągnęły poszczególne drużyny. Nie wyobrażam sobie, aby Malone umówił się z Jordanem, aby zdobyć tytuł. Bywało tak, że na zakończenie kariery odchodzili, ale ja jeszcze nie kończę. Ja chcę zdobyć medal z Wilkami i wierzę, że to się uda.Wydaje mi się, że King Szczecin jeszcze zbuduje taki zespół, który zdobędzie medal i zagra w pucharach. Liczę na Prezesa w tej kwestii (śmiech). Panie Prezesie, jeśli pan to czyta, to wiem, że z chęcią posmakowałby pan pucharów. Ja też!

– W nadchodzącym sezonie klub stawia na stabilizację. Kontrakty na ten moment, oprócz ciebie przedłużyli trener Mindaugas Budzinauskas, Martynas Paliukenas, Łukasz Diduszko, Maciej Majcherek i Mateusz Bartosz. Jak ty oceniasz tę filozofię?

– Myślę, że to jest dobre. Wiadomo, że zmiany są czasem potrzebne, ale warto stawiać na to, co się sprawdza. Wszyscy, których wymieniłeś też się sprawdzili i mają charakter. Będzie nam dużo łatwiej wystartować w kolejnym sezonie, gdy ten trzon zespołu jest zachowany. Trener będzie miał już kilka osób, którym nie będzie musiał tłumaczyć swojej filozofii. Szybciej zatrybimy w tych przygotowaniach.

20180325_stal_21

– Fantastyczną informacją dla regionu jest fakt, że Spójnia Stargard awansowała do ekstraklasy. Dla nas to doskonała wiadomość dlatego, że po pierwsze jest to bliski wyjazd…

– … (śmiech) Tak, to bardzo duża zaleta.

– A tak poważnie, to nareszcie będziemy mieć prawdziwe derby w nadchodzącym sezonie. Te mecze z AZS Koszalin były mocno naciąganymi derbami.

– Powiem szczerze, że ja tych meczów też nie uznawałem za derby. Derby to święto. Już dwa tygodnie wcześniej czuje się ten klimat. Pamiętam, jak grałem jeszcze w Kołobrzegu. Bez znaczenia była wtedy nasza aktualna forma i to jak graliśmy, był ponad komplet na hali. Jak wygraliśmy z Koszalinem, to kibice nas kochali. Na pewno będzie bardzo fajnie mieć niedaleko drużynę, z którą będzie równoległa rywalizacja. Cieszę się na derby, to na pewno rozwinie ten region koszykarsko. Dla kibiców jest to super sprawa i dodatkowa mobilizacja, bo w Stargardzie z tego co widziałem w play off, to na trybunach sporo się działo. Osobiście życzę Spójni jak najlepiej, ale nie w meczach z nami (śmiech).

– King Szczecin w minionym sezonie awansował do play-off. Trochę czasu od tego momentu już minęło. Jak ty oceniasz tamte play-off z perspektywy kilku miesięcy?

– Trzeba na tą rywalizację spojrzeć jeszcze z trochę dalszej perspektywy. Bo my zaczęliśmy play-off już wcześniej. Mieliśmy nóż na gardle przez kilka kolejek. Cały czas w wielkim napięciu i żyliśmy z przeświadczeniem, że coś wielkiego może nam uciec. Była seria meczów, gdzie graliśmy co dwa dni. To było strasznie wykańczające. My byliśmy naprawdę zmęczeni tym morderczym wyścigiem o play-off. W pewnym momencie ciała nie oszukasz. Trafiliśmy w tych play-off na BM Slam Stal Ostrów Wielkopolski. Lali wszystkich w rundzie rewanżowej. Przegrali chyba tylko z Anwilem. Wiedzieliśmy, że jesteśmy w stanie z nimi wygrać i mieliśmy swoje szanse szczególnie w Ostrowie gdzie mogliśmy zachwiać ich pewność siebie. Jednak za każdym razem czegoś brakowało. Chyba głównie świeżości, ponieważ Ostrów grał bardzo dużą rotacją zawodników. W kluczowych momentach utrzymywali intensywność i popełniali mniej niewymuszonych błędów. Jest lekki niedosyt, ale w tym roku wrócimy mocniejsi.

Rozmawiał Przemysław Sierakowski. 

Komentarze

0