ROZMOWA Z ŁUKASZEM BIELĄ, trenerem Kinga Szczecin. 39-letni szkoleniowiec od momentu awansu Kinga Szczecin do Energa Basket Ligi pełnił funkcję asystenta u boku trenerów: Krzysztofa Koziorowicza, Mihailo Uvalina, Marka Łukomskiego oraz Mindaugasa Budzinauskasa. We wrześniu 2018 roku, z powodu choroby trenera Budzinauskasa, objął funkcję pierwszego szkoleniowca zespołu Wilków Morskich. Świetnie sprawdził się w zarządzaniu kryzysem, w jakim znalazł się King Szczecin, wprowadzając zespół do fazy play-off, w której o medale mistrzostw Polski zagra osiem najlepszych zespołów Energa Basket Ligi.

Trener Łukasz Biela, w szczerej rozmowie, opowiedział nam między innymi o emocjach, które towarzyszyły mu na początku sezonu, o współpracy z trenerem Budzinauskasem, o podejściu środowiska koszykarskiego do sytuacji w Kingu i wielu innych tematach.

Przemysław Sierakowski: – Pod koniec września 2018 roku dowiedziałeś się, że będziesz musiał przejąć pierwszy zespół Kinga Szczecin. Pamiętasz jakie emocje ci wtedy towarzyszyły?

Trener Łukasz Biela: – Na pewno panowała duża niepewność. Wszystko wydarzyło się nagle. Nie była to taka standardowa sytuacja, w której zazwyczaj obejmuje się drużynę. Nikt wtedy nie wiedział, kiedy trener Budzinauskas będzie mógł wrócić do Szczecina. Z jednej strony pojawiła się niepewność, ale z drugiej przeświadczenie, że staję przed ogromnym wyzwaniem.

- Czy to, że przez cztery minione sezony asystowałeś innym trenerom przygotowało cię na to, aby samemu zostać pierwszym szkoleniowcem?

- Mam nadzieję, że ten sezon udowodnił, że tak.

- Jakie są największe różnice pomiędzy rolą asystenta i pierwszego trenera?

- Moim zdaniem nie da się w ogóle porównać tych dwóch funkcji. Asystent wykonuje przede wszystkim tę robotę, którą zleca mu główny trener. Jako asystent miałem przeważnie dużo pracy, ale są to zadania, których wymaga pierwszy szkoleniowiec. Raz jest ich mniej, raz jest ich więcej. Wszystko zależy od oczekiwań w sztabie szkoleniowym. Główną różnicą jest fakt, że to główny trener podejmuje te ważne decyzje, za które jest odpowiedzialny i rozliczany. To on ma wizję gry i pomysł na zespół. Asystent nie musi martwić się tym, aby znaleźć pomysł na każdy kolejny mecz. Ma o wiele mniejszą odpowiedzialność. Pomijając już aspekt koszykarski, to duża różnica panuje przede wszystkim w stosunkach z zawodnikami. Pierwszy trener zachowuje dystans, a asystent to taka przejściowa forma. Asystent jest często dobrym kolegą i łącznikiem pomiędzy trenerem a szatnią.

- Czy podczas tego okresu, w którym byłeś asystentem kolejnych trenerów w Kingu Szczecin myślałeś o tym, że kiedyś chciałbyś zostać pierwszym trenerem Kinga Szczecin?

- Każdy asystent o tym myśli. Nawet jeśli się do tego nie przyznaje, to podświadomie chciałby być pierwszym trenerem. Ja także miałem takie myśli, ale na pewno nie brałem pod uwagę najbliższego sezonu. W Szczecinie sytuacja była oczywista. Kontrakt z trenerem Budzinauskasem został szybko przedłużony, a współpraca była wzorowa. Nie zakładałem, że wszystko potoczy się tak szybko.

- W Szczecinie pracowałeś już z kilkoma trenerami. Od którego nauczyłeś się najwięcej, z którym najlepiej ci się współpracowało?

- Mogę powiedzieć, że z prawie wszystkimi trenerami dobrze mi się w Szczecinie współpracowało. Od każdego z nich udało mi się czegoś cennego nauczyć.

- Co na samym początku sprawiało ci najwięcej trudności w nowej roli?

- Oczywiście oprócz tych kwestii związanych z samą pracą, to największym problemem było to, że cała sytuacja stała cały czas pod znakiem zapytania. Byłem trenerem tymczasowym i trudno było mi przejść w tryb pierwszego trenera. Dla całego zespołu ciągle była to niewiadoma. Czuliśmy się trochę zawieszeni na początku tego sezonu. Na pewno nie była to komfortowa sytuacja.

- Czułeś jakieś obawy?

- Na pewno. Zastanawiałem się, czy uda się zrealizować wyznaczony cel, czy poradzę sobie z tym wyzwaniem.

- Nie wszyscy o tym wiedzą lub pamiętają, ale nie miałeś sztabu szkoleniowego. Z wszystkimi zadaniami radziłeś sobie sam.

- Na pewno dla trenera bez doświadczenia w roli pierwszego szkoleniowca nie jest to komfortowa sytuacja. Musiałem sam sobie wypracować jakieś procesy i procedury współpracy z zespołem. Kontaktowałem się z trenerem Budzinauskasem, ale to niezwykle trudne, gdy nie możesz przedyskutować swoich decyzji na bieżąco z asystentem. Ciężko polegać jest tylko na swoim osądzie danej sytuacji. Posiadanie sztabu szkoleniowego pozwala na szybką konsultację i możliwość spojrzenia na dany problem z różnych perspektyw.

Sporą pomoc w pewnym momencie sezonu otrzymałem od Macieja Majcherka. Maciek kupił sobie gwizdek i to było dla mnie ogromne ułatwienie. Nie musiałem już być sędzią podczas gierek treningowych, a mogłem skupić się na analizowaniu gry. Oprócz tego zawsze mogłem z nim przedyskutować większość sytuacji. Jakość naszej pracy na treningach od razu znacząco wzrosła. Na początku przytłaczała mnie ilość rzeczy, które musiałem robić samodzielnie.

- Trener Mindaugas Budzinauskas przechodzi leczenie onkologiczne na Litwie. Cały Szczecin i całe koszykarskie środowisko trzyma za niego kciuki i mocno wspiera go w powrocie do zdrowia. Przez całą rundę zasadniczą byliście w stałym kontakcie. Opowiesz jak wyglądała wasza współpraca w tym trudnym okresie?

- Przez cały ten sezon pozostawaliśmy w stałym kontakcie. Na początku rozgrywek panowało takie przekonanie, że trener będzie mógł wrócić za 2-3 miesiące. Realizowałem cały czas jego pomysły. Cały czas się konsultowaliśmy. Z upływem czasu, stopniowo i naturalnie wszyscy zaczęliśmy zdawać sobie sprawę, że trener Budzinauskas ma na Litwie o wiele ważniejszą walkę do rozegrania. Z biegiem czasu przeszedłem w tryb samodzielnego podejmowania decyzji i prowadzenia zespołu. Jednak, co bardzo ważne, cały czas miałem możliwość konsultowania się z trenerem Budzinauskasem. Dla mnie to była nieoceniona pomoc w tym sezonie. Cieszę się, że mogłem na nią liczyć. Z biegem rozgrywek sytuacja się wyklarowała. Sam prowadziłem zespół, ale miałem dużą pomoc i wsparcie w osobie trenera Budzinauskasa.

- Wiele osób w sieci spierało się, prowadziło dyskusje na ten temat. Muszę zatem zapytać. King Szczecin z końcówki rundy zasadniczej, to King trenera Łukasza Bieli, czy trenera Mindaugasa Budzinauskasa?

- Nie można odpowiedzieć na takie pytanie. To nie było tak, że to był mój King, albo trenera Budzinauskasa. Cały czas opieramy się na bardzo wielu rzeczach, które w tym zespole zaszczepił trener Budzinauskas. Myślę, że ja też wdrożyłem trochę swoich pomysłów, ale cały czas bazowaliśmy na jego koncepcji. King Szczecin z końcówki rundy to połączenie naszych pomysłów.

- King w pierwszej części sezonu i King w drugiej rundzie, to jakby dwa zupełnie inne zespoły. Z czego to wynika?

- Wydarzenia z początku sezonu trochę mentalnie nas burzyły. To był moment dużej niepewności. Taka sytuacja nigdy nie dziala korzystnie na zespół. Nie było stabilizacji i określonych ról. Zaczęliśmy sezon bardzo dobrze. Gdy pojawiły się wieści o zdrowiu trenera, to drużyna zareagowała niezwykle profesjonalnie. Każdy chciał pomóc, dobrą pracą dodać mu otuchy.

W pierwszej rundzie, po kilku dobrych meczach, mieliśmy sporo porażek, które odnieśliśmy na własne życzenie. Graliśmy niefrasobliwie i ten bilans trochę nam uciekł. Przez to zrodziło się w nas trochę niepewności. Na parkiecie nie byliśmy pewni swego. Wpadliśmy w kryzys. Wszystko pogłębił nietrafiony transfer Tywaina McKee. W drugiej rundzie odnieśliśmy kilka ważnych zwycięstw z rzędu. Nasza pewność siebie urosła. Mocno pracowaliśmy, nigdy nie zwątpiliśmy, że osiągniemy wyznaczony cel. To był klucz.

Nie można powiedzieć, że były to różne zespoły. Po prostu, w pewnym momencie, znaleźliśmy się w dołku. Na pewno, jako grupa, zrobiliśmy ogromny postęp. Przetrwaliśmy mnóstwo ciężkich momentów. Stopniowo staliśmy się zespołem z prawdziwego zdarzenia.

- Czy są rzeczy, które teraz z perspektywy czasu zrobiłbyś inaczej?

- Gdybym tylko miał możliwość cofnięcia się do września. Gdybym miał wehikuł czasu, to myślę, że przekazałbym samemu sobie nie kilka porad, a cały gruby zeszyt zapisany drobnym maczkiem.

- Nie jest to żadna tajemnica, że większość kibiców, dziennikarzy i ekspertów nie dawała Kingowi szans na grę w fazie play-off. Jak się czujesz z tym, że stało się zupełnie inaczej?

- Na pewno mam sporą satysfakcję. Myślę, że wszyscy powinniśmy być dumni przede wszystkim z tego, że wybrnęliśmy z trudnej sytuacji. Tak naprawdę, tylko my wiemy, ile ciężkiej pracy kosztowało nas to, aby znaleźć się w czołowej ósemce.

- Czy ty również masz takie wrażenie, że większość środowiska po dwóch miesiącach zapomniała jaka sytuacja panuje w naszym zespole. Nie oceniano naszego zespołu pod względem tego z jakimi problemami się zmagaliśmy…

- Ja mam wrażenie, że środowisko w ogóle nie brało pod uwagę tego, jak sytuacja, w której się znaleźliśmy może na nas oddziaływać. Historia Energa Basket Ligi pokazuje, że często nawet błahy problem może rozwalić cały zespół. W tym sezonie również były takie sytuacje. Tymczasem my mieliśmy naprawdę wielki problem, a daliśmy radę. To tylko świadczy o profesjonalizmie wszystkich w tym projekcie.

- Jesteś w stanie wskazać najtrudniejszy i najpiękniejszy moment tej rundy zasadniczej.

- Mam nadzieję, że te najlepsze momenty są jeszcze przed nami. Tych trudnych chwil było wiele.

- Miałeś taki moment, w którym myślałeś o tym, że nie masz siły, że chcesz się poddać?

- Ani przez chwilę nie miałem takiego momentu. Było za dużo pracy i zbyt wiele emocji, aby zastanawiać się nad takimi rzeczami.

- Basket wciąż ewoluuje. Wielu ekspertów i dziennikarzy zarzuca Kingowi Szczecin archaiczny styl gry – mało rzutów z dystansu. Jak to skomentujesz?

- Jeżeli spojrzymy na ewolucję koszykówki, to rzeczywiście ilość oddawanych rzutów za trzy punkty cały czas rośnie. Taki trend widać szczególnie w lidze NBA. Jednak nie możemy naszej europejskiej koszykówki porównywać do NBA. Do dyspozycji mamy innych graczy. Moim zdaniem główny trend w baskecie idzie w stronę atletyzmu i intensywności grania. Dobrze zorganizowana obrona jest w stanie ograniczyć ilość rzutów za trzy punkty i znacząco je utrudnić.

To, że akurat King oddaje mało rzutów z dystansu jest związane ściśle z tym, jaką mamy drużynę. Jesteśmy po prostu mocni w innych elementach. Ciężar gry przenosimy pod kosz. To tam potrafimy zdobywać masę punktów z każdym rywalem. Jeśli spojrzymy na ligę pod względem agresywności i intensywności, to jesteśmy wręcz bardzo nowocześnie grającą drużyną. Z całą stanowczością nie jestem w stanie nazwać naszego grania archaicznym.

- Rozmawiamy tuż przed meczem z Polskim Cukrem Toruń (przed ostatnim meczem rundy zasadniczej – przyp. red.). Faza play-off jest już za rogiem. Wiemy też już, że na pewno w niej zagramy. Z kim najbardziej chciałbyś się w niej zmierzyć?

- Pół żartem, pół serio to czuję już dużą ulgę, że nie będziemy grali z drużynami ze środka i dołu tabeli. Teraz to my będziemy w każdym meczu underdogiem (zespół skazywany na porażkę – przyp. red.). To rola, w której bardzo dobrze się czujemy. Szczerze mówiąc, to nie ma dla nas różnicy, z którą z trzech drużyn zagramy. Sezon pokazał, że potrafimy bardzo dobrze grać przeciwko takim zespołom.

- Szczególnie w pierwszej części sezonu w twoją stronę wylewało się mnóstwo hejtu na forach internetowych. Pojawiały się mocne wpisy w internecie. Jak do tego podchodziłeś?

- W dzisiejszych czasach hejt, to nieodłączny element społecznego funkcjonowania. Mnóstwo ludzi, właśnie w ten sposób odreagowuje złość i to we wszystkich dziedzinach. Mam wrażenie, że dla wielu ludzi jest to jakaś forma terapii, a nawet sposób na życie. Mam do tego kompletnie obojętny stosunek. Przechodziłem obok hejtu. Nie czułem żaden presji. Byłem całkowicie spokojny.

- W drugiej części sezonu nastroje wśród kibiców się odmieniły. Trybuny zaczęły skandować twoje nazwisko.

- Na pewno jest to miłe i bardzo za to dziękuję. Do tej sytuacji również podchodzę z dużym dystansem, ale cieszę się, że ktoś docenia moją pracę.

- Pracujesz w tym klubie od pięciu sezonów. Jesteś jedną z osób, która obserwowała rozwój środowiska kibicowskiego. Jak oceniasz te zmiany? W drugiej rundzie nie było takiego meczu na wyjeździe, na którym nie pojawiliby się nasi kibice.

- Na przestrzeni tych pięciu sezonów wykrystalizowała się grupa prawdziwych kibiców. Możemy być dumni z poziomu jaki prezentują. Na pewno nikt już nie może powiedzieć, że w Szczecinie nie ma dla kogo grać w koszykówkę. Mimo, że czasem można odnieść wrażenie, że na naszych trybunach są pustki, to my wiemy, że stoją za nami wierni fani.

- Wszyscy wiemy z jaką sytuacją musiałeś się zmierzyć. Jak do twojej pracy podchodził prezes klubu, pan Krzysztof Król?

- Od samego początku prezes Król mocno mnie wspierał i zapewniał mi wysoki komfort pracy. Nie czułem, aby wywierał na mnie jakąkolwiek presję. Życzę każdemu takiego szefa.

- Ile ciebie prywatnie kosztowała ta runda i jak twoja rodzina przeżyła tak wielkie zmiany?

- Na pewno miałem o wiele mniej wolnego czasu. Mam jednak wspaniałą żonę i dziękuję jej za to, że miała dla mnie tyle tolerancji podczas rozgrywek.

- W trakcie naszej rozmowy wspominałeś już o transferze Tywaina McKee, ale do zespołu dołączyli też Chaz Williams oraz Justin Watts. Jak oceniasz tych dwóch graczy? (Chaz Williams obecnie przebywa w Stanach Zjednoczonych. Ze Szczecina wyleciał tuż po ostatnim meczu z Polskim Cukrem Toruń. Chwilę przed tym spotkaniem dowiedział się o śmierci swojej mamy – przyp. red)

- Jestem zadowolony z tego, jak obaj wkomponowali się w drużynę. Justin daje nam to, czego od niego oczekiwaliśmy. Mimo tego, że obecnie przeżywa chwilowy kryzys formy. Chaz już udowodnił, że może dać nam naprawdę dużo. Nie jest to limit jego możliwości. Mam nadzieję, że da nam jeszcze więcej.

Rozmawiał Przemysław Sierakowski

Komentarze

0